|
Wróżenie z fusów,czyli o katastrofie Bydgoszczy Czasami bydgoszczanie pytają skąd, się biorą niekorzystne mity o naszym mieście. Czy przypadkiem nie z artykułów takich, jak „Czy nadejdzie nocna cisza” Krzysztofa Błażejewskiego. Publikacja już na początku straszy bydgoszczan „kiepskimi perspektywami demograficznymi”, „niechęcią do zamieszkania w mieście”, „powrotem do czasów sprzed półwiecza”. I na koniec wieszczy, że „Bydgoszcz z największych miast regionu kujawsko-pomorskiego czeka największa katastrofa”. Słowem staniemy się wymarłym miastem, w którym nocą zapanuje głucha cisza. Tego typu dywagacje oparte o prognozy ale nie podbudowane merytorycznym kontekstem, nastawione na sensacyjny wątek budzą uczucia niepotrzebnej frustracji i niepokoju. Ich niedopuszczalnym błędem jest porównywanie Bydgoszczy z mniejszymi miastami i wyciąganie na tej podstawie wniosku o katastrofie.
Z reguły bowiem miasta duże mają gorszą strukturę wiekową. Dotyczy to nawet Warszawy, Krakowa czy Wrocławia. Bydgoszcz jest ośrodkiem o strukturze demograficznej typowej dla miast porównywalnej wielkości.
Z krajowej prognozy demograficznej na lata 2003-2030 opublikowanej przez Główny Urząd Statystyczny 1 marca 2004 roku oraz opracowania „Ludność. Stan i Struktura w Przekroju Terytorialnym – 30 VI.2009 r.” wynika, że w 2030 roku spodziewany jest spadek liczby ludności Bydgoszczy o 22,1 proc. czyli do poziomu 290 tys. Ale trzeba pamiętać, że jednocześnie, np. liczba mieszkańców Katowic może zmaleć o 29,5 proc, Łodzi o 22,9 proc., a Gdańska o 21,5 proc. Gorsze prognozy dotyczą też innych miast. K. Błażejewski snuje katastroficzną ocenę wyludniania się Bydgoszczy do połowy 2009 roku. To prawda, mieszkańców miasta jest mniej niż przewidywano o 3,43 tys. Zostało to spowodowane większym niż oczekiwano wyprowadzaniem się bydgoszczan do gmin podmiejskich. Zamieszkało tam 5,9 tys. osób więcej niż wynikało to z prognozy w 2003 roku. Podobne procesy zachodzą także w innych dużych miastach Polski. Bydgoszcz w szeregu z Poznaniem, Wrocławiem, Krakowem i Gdańskiem notuje jedno z większych temp przeprowadzania się mieszkańców poza miasto. Poznań wskutek intensywnego zasiedlania powiatu ziemskiego opuściło 8,3 tys. mieszkańców (prognoza zakładała 564,32 tys. mieszkańców a jest 556,02 tys.) a powiat ziemski powiększył się o 17,41 tys. osób (w 2009 roku miało być 297,75 tys. a jest 315,16 tys. osób). Czy oznacza to, że Poznań jest mniej prężny, przeżywa stagnację i grozi mu katastrofa, bo wyludnia się i to szybciej od Bydgoszczy? Po prostu takie są tendencje rozwoju dużych miast wymuszone brakiem miejsca pod zabudowę z jednej strony, a z drugiej strony atrakcyjnością terenów podmiejskich. Doskonale zdają sobie z tego sprawę władze Poznania i dlatego nie narzekają na migrację ludności do gmin ale popierają rozwój metropolitalnych obszarów np. poprzez wspólną komunikację. I to jest właściwy kierunek myślenia. Bydgoszcz na macierzystym terenie już dawno straciła tereny pod intensywną zabudowę mieszkaniową, więc mieszkańcy szukają przestrzeni w pobliżu. To może tylko sprzyjać metropolitalnym aspiracjom naszego miasta. Nieporozumieniem jest pisanie, że migracja do podmiejskich gmin oznacza degradację Bydgoszczy, „w której nocą zapanuje głęboka cisza”. Idea metropolii zasadza się na istnieniu miasta centralnego ze wszystkimi usługami wyższego rzędu, zatem urzędami, instytucjami, centrami handlowymi, lokalami rozrywkowymi, placówkami kultury np. operą, czy filharmonią, służącymi w miarę możliwości jak najdłużej, nawet przez całą dobę, właśnie mniejszym miastom i gminom tworzącym obszary metropolitalne. I takie funkcje, jak wynika choćby z ostatniej prognozy Instytutu Konkurencyjnej Ekonomii Regionów w coraz większym stopniu spełnia Bydgoszcz. Trudno sobie wyobrazić, by małe miasta i gminy budowały sobie placówki usług wyższego rzędu. Uwzględniając współczesne trendy rozwojowe najbardziej wiarygodnym dla porównań Bydgoszczy z innymi ośrodkami regionu i kraju byłoby uwzględnianie potencjałów i miast, i otaczających je podmiejskich gmin. Krzysztof Błażejewski pisze: „Według szacunków, w najmniejszym stopniu spadek ludności ma dotknąć Toruń.” Tymczasem z cytowanej już prognozy na lata 2003-2030 wynika, że najmniejszy spadek odnotuje nie Toruń (-18,7 proc.) ale Inowrocław (-13,1 proc.). I dodaje: „Szybciej natomiast ubywać będzie z kolei mieszkańców we Włocławku i Grudziądzu.” Natomiast z prognozy dowiadujemy się, że w Toruniu spadek wyniesie –18,7 proc,. we Włocławku –18,2 proc. , w Grudziądzu –18,0 proc. Faktyczna liczba mieszkańców największych miast naszego regionu była w 2009 roku mniejsza niż zakładały prognozy. Dotyczy to Bydgoszczy (-3,43 tys.), Torunia (-0,86 tys.), Włocławka (-0,65 tys.) i Inowrocławia (-0,33 tys.). Tylko Grudziądz wypadł na plusie (+1,30). Zastanawiające, dlaczego Krzysztof Błażejewski nie wspomniał ani słowem o Grudziądzu? |